Paryż

 Jest rok 2006, 20 sierpnia. Jestem po obronie magisterki, spakowana i gotowa do wyjazdu – kto by pomyślał, że spakowanie życia w 20-kilową walizkę to taka sztuka! Jadę na lotnisko w Krakowie z przekonaniem, że czeka mnie Paryż i mała przygoda, a tu niespodzianka: zamiast małego „bonjour”, życie przyszykowało mi serię „adieu” – nie tylko do Polski, ale w zasadzie do całej Europy.

Na lotnisku rodzice stoją z minami, jakby mnie żegnali na misję w kosmos. Moja mama próbuje ukryć łzy, tata mruczy pod nosem jakieś rady, a ja siedzę z mieszanką emocji: radość, ekscytacja, strach i nieco paniki – no bo kto jedzie na koniec świata, mając tylko walizkę i nadzieję, że paszport nie zgubi się w rękawie?


Gdy już siedzę w samolocie, patrzę przez okno na moją Polskę. Widok piękny, aż serce trochę ściska. Choć wiem, że coś mnie ciągnie w świat, to w głowie słyszę jeszcze te nasze rodzime: „Nie wychylaj się”, „A może się nie uda?” – jakby samolot miał co chwila wrócić na ziemię. Ale to nie są lata PRL-u, tutaj po prostu lecimy.


Samolot wystartował, a ja czuję niesamowitą wolność. Aż chce się śpiewać „Lecę, bo chcę!”. Czuję, że zostawiam za sobą nie tylko bagaż, ale i nasze narodowe pesymistyczne „nie uda się”. W Polsce jest coś, co każe myśleć, że lepiej schować się w kącie. Teraz patrzę na to z dystansem, a kiedy widzę młodych ludzi, którzy z odwagą wkraczają do pracy, wchodzą do biura z taką pewnością siebie, to trochę im zazdroszczę. Choć ja swoją drogę też musiałam przetrzeć – bez Wi-Fi, GPS-a i Google Maps, co samo w sobie było już wyzwaniem!


Na miejscu w Paryżu czeka mnie kawa i ciastko – w samolocie jak to na krótkich trasach, tylko namiastka kawy i herbatnik, a reszta na zasadzie „radź sobie sam”. System posiłków dla alergików wtedy raczej ograniczał się do „weź ze sobą kanapkę”, więc poranek zaczęłam z klasycznym zestawem: kawa i ciastko. Przed wejściem do samolotu składałam sobie obietnicę, że będę pić tylko wykwintne francuskie wina – ostatecznie, skończyłam na klasycznej kawie, tak bardzo po polsku.


A wpotem już tylko widoki zza okna i ta chwila refleksji, że naprawdę zostawiam za sobą to, co znajome. Ale z tyłu głowy słyszę słowa znajomego: „Kto sobie poradzi, Anka, jak nie ty?” Więc tak – poleciałam.

Komentarze

Popularne posty